Recenzja

Filmów science-fiction  jest wiele, a niemal każdy z nich tworzy swoje własne uniwersum, które potem daje możliwość rozwijania seriali, tworzenia gier na kanwie kinowego obrazu, czy wydawania książek. Od tej reguły istnieją jednak wyjątki, gdzie to gra staje się bazą, na postawie której powstają telewizyjne oraz pełnometrażowe produkcje. Jednym z takich wyjątków jest elektroniczna saga Final Fantasy, która dała początek dwóm obrazom kinowym: znajdujący się w osobnym dziale Final Fantasy 7: Advent Children oraz Final Fantasy: The Spirits Within, któremu przyjrzymy się bliżej.

The Spirits Within to na pewno film przełomowy, ponieważ jest pierwsza produkcją, wykonaną w całości przy zastosowaniu grafiki komputerowej. Dotąd wszystkie Hollywoodzkie megahity stosowały jedynie pewne elementy stworzone przez komputer (na przykład sekwencje “płynne” T-1000 w Terminatorze 2: Dzień Sądu), natomiast The Spirits Within zapoczątkował okres szerokiego stosowania obrazu generowanego komputerowo (choćby we Władcy Pierścieni – wszelkie walki jak i sam Golum). Z tego punktu widzenia, status The Spirits Within jako kamienia milowego w kinematografii jest bezsporny, natomiast osobną kwestią do rozpatrzenia jest ocena zwartości filmu.

Na pierwszy rzut oka film fabularnie niczym się nie odróżnia od podobnych produkcji – tradycyjnie, trzeba znowu (który to już raz?) uratować naszą Błękitną Planetę od zagłady, jaką szykują tajemniczy obcy. Naprzeciw nim stanie młoda kobieta o imieniu Aki Ross, która w pierwszych scenach projekcji zapewnia nas o swojej determinacji osiągnięcia celu, czyli uratowania Ziemi. Oczywiście nikt nie pozwoli na to, aby jedna cherlawa heroina stanęła czoła nieprzebranej armii kosmicznych szumowin, tak więc po drodze bohaterka pozyska sprzymierzeńców, którzy pomogą jej w wypełnieniu zadania. Żeby dziewczynie nie było za łatwo, jej poczynania będzie obserwował i sabotował konkurencyjny obóz militarny, dowodzony przez mającego obsesję na punkcie obcych (zwanych Fantomami) Generała Heina. By było ciekawiej, Hein zrobi wszystko by zniszczyć najeźdźców, nawet jeśli przy okazji pośle do diabła całą ludzkość, zatem Aki musi ochronić Ziemię zarówno przed Fantomami, jak i przed Heinem.  

Przy pierwszych oględzinach nie zanosi się na nic wciągającego, ale po głębszej analizie trzeba przyznać, że dzięki sprawnej i ciekawej narracji film zdecydowanie wyróżnia na tle innych produkcji. Autorzy nie ujawniają od razu wszystkiego, a wszelkie nowe informacje są wydzielane prawie jak lekarstwa pod kontrolą lekarza. Za przykład niech starczy chociażby fakt, że początkowo oblicze wrogich istot jest prezentowane fragmentarycznie, a jedyna informacja na ich temat – ich nazwa – jest podana dopiero po dziesięciu minutach filmu. Ten sposób narracji jest typowy dla japońskich produkcji, gdzie widz otrzymuje szczątkowe wiadomości i musi radzić sobie sam, bazując na podsuwanych od czasu do czasu strzępkach informacji. Jednak przesadą byłoby powiedzieć, że film to typowa produkcja kina Kraju Kwitnącej Wiśni – obok cech charakterystycznych dla kina japońskiego mamy elementy typowe dla amerykańskich blockbusterów, czyli: wybuchy, spektakularne pościgi i rajdy na wroga oraz oczywiście ‘love story’. Adekwatnym byłoby więc stwierdzenie, że sposób narracji to amerykańsko-japoński melanż, ponieważ z jednej strony akcja rozwija się subtelnie i stopniowo, ale gdy już nastąpi krach, to mamy trzęsienie ziemi jak u samego Hitchcocka. Dodatkowo w filmie na raz przewija się kilka wątków, które coraz bardziej się łączą, im bliżej jest finału. Ważne dla odbioru filmu są dialogi bohaterów, które tu zostały moim zdaniem dobrze napisane. Nie brakuje gier słownych, bezpośrednich komentarzy poczynań niektórych herosów, czy też słów wyrażających bardzo subtelnie te najważniejsze rzeczy. Nie bez znaczenia jest wpływ interakcji postaci na przekaz fabuły – zarówno przyjacielskie jak i wrogie stosunki wpływają na odbiór i wiarygodność przekazu. Dodatkowo, postacie drugoplanowe, oprócz wspomagania głównych bohaterów mają przypisane pewne dodatkowe funkcje: przykładowo jedna osoba jest “nadwornym błaznem” która wszystko komentuje na swój sposób i ma za zadanie rozśmieszać widza (tak zwany ‘comic relief’). Takich smaczków jest więcej, wystarczy tylko poszukać. Niestety, ten dość oryginalny sposób narracji ma swoje wady – wymaga dosyć dokładnego śledzenia tego, co się dzieje i dobrej orientacji. Przez nieuwagę można pominąć jakiś istotny szczegół i w konsekwencji pogubić się w trakcie oglądania, gdy akcja skacze z jednego wątku na następny. Z tego powodu film do lekkich nie należy i na pewno nie nadaje się do oglądania, gdy człowiek chce łatwej rozrywki bez obciążania szarych komórek, zwłaszcza w lecie (nota bene film miał swoją premierę w lecie 2001-go roku). Najlepiej jest obejrzeć film raz, przemyśleć go i poukładać sobie wydarzenia, a potem obejrzeć jeszcze raz by wyciągnąć z niego zawarte przesłanie (wbrew pozorom film takie posiada i to znacznie głębsze niż można przypuszczać). W przeciwnym razie, film będzie się wydawać zlepkiem kilku luźno powiązanych wydarzeń i łatwo zniechęci widza.

O fabule i narracji (czy, jak kto woli, ‘storytelling’) już dość, więc teraz co nieco o obrazie. Jak na wczesne lata dwutysięczne dzieło grafików to niezły majstersztyk – część ujęć potrafi powalić swoim pięknem nawet dzisiaj, przy znacznych postępach jakie w dziedzinie obrazu generowanego komputerowo dokonały się na przestrzeni ośmiu lat od czasu premiery filmu. Urzekają klimatyczne ruiny Nowego Yorku, pełne ciemnych zaułków, poburzonych drapaczy chmur i wymarłych ulic, czy też bezkresne pustkowia pełne trupów i gołych skał. Również dech w piersiach zapiera widok miasta przyszłości, czy  ujęcia w pomieszczeniach albo widok z orbity ziemskiej. No i sami obcy wyglądają naprawdę obco. Wszystko to buduje i podkreśla klimat prezentowanej sceny, czy chodzi o śmierć i destrukcję albo też sterylność i funkcjonalność nowoczesnych laboratoriów. Postacie w większości również posiadaną bardzo dobre animacje, gdzie niech za przykład posłuży twarz Sida – na czole stroskanego starca widać żyły, zupełnie jak u prawdziwego człowieka! To daje efekt dużej autentyczności i naturalności. Podobnie animowane kształty Aki Ross, za które męski magazyn Maxim, umieścił ją na liście najseksowniejszych kobiet, przez co stała się pierwszą postacią fikcyjną docenioną za jej seksapil! Teraz pewnie niejedna kobieta zrozumie dziwną fascynację swojego faceta pikselowymi panienkami i zacznie być zazdrosna, gdy jej chłop znowu będzie “flirtował” z wirtualnymi laskami. ;) Oczywiście wśród tych zachwytów znajdą się powody do narzekania. Najpoważniejszy mankament grafiki to bardzo nierówny poziom animowania mimiki ust postaci. Bywają momenty, że ruchy ust kompletnie nie pokrywają się z wypowiadaną kwestią albo wydawanym odgłosem, by za chwilę w tym samym ujęciu synchronizacja była niemal idealna! Zaryzykuję stwierdzenie, że to aktorzy podkładający głosy starali się dopasować czasowo swoje kwestie do ruchów warg swoich alter ego, bo trudno uwierzyć aby graficy mieli chwilowe przypływy geniuszu a za chwilę głupoty, że część animacji mimiki wypada bardzo dobrze a reszta jest kompletnie spartaczona. Druga sprawa, która może drażnić, to sztuczność niektórych ujęć, wynikających z niedoskonałości technologii i niedopracowania obrazu. Koronnym przykładem niech będzie tutaj scena, w której Aki całuje się z Grayem. Cała scena jest dobrze przemyślana i rozegrana bardzo naturalnie, zupełnie jakbyś Ty Droga Czytelniczko i Drogi Czytelniku całował/a się ze swoją drugą połówką. Najpierw bohaterowie patrzą sobie głęboko oczy, ich usta zbliżają się i zamykają oczy, wreszcie ich wargi spotykają się i składają sobie namiętny pocałunek. Za chwilę on gładzi jej włosy i całują się ponownie. Wszystko byłoby zagrane jak na żywo, przepięknie i naturalnie, gdyby nie ta koszmarna animacja ust! Z prezentowanego ujęcia wygląda tak, jakby ona gryzła jego wargę! Mamy piękną romantyczną scenę, a tu jeden szczegół (ale za to jaki ważny!) rujnuje wszystko. Po trzecie, mam wrażenie że jedne postacie są lepiej dopracowane od pozostałych. Przykładowo Aki miewa dobre i złe momenty, Jaine wiecznie wygląda koszmarnie przez wytrzeszcz i ponurą minę, natomiast twarz Heina naturalnie i przekonywująco wyraża wszystkie emocje. To trochę tak, jakby twórcy wątpili, czy widzowie zaakceptują kobietę na głównego bohatera i skupili się na antagoniście, żeby przyciągał uwagę widzów (zwłaszcza żeńskiej części ;) do siebie.

Nie sposób nie wspomnieć o muzyce i efektach dźwiękowych, które zdecydowanie są najmocniejszym punktem filmu. Zaaranżowanym utworom właściwie nie da się nic zarzucić, więcej: wypada tylko i wyłącznie pochwalić. Utwory są bardzo zróżnicowane: spokojne dają tło do dialogów, szybkie z wykorzystaniem kilku instrumentów towarzyszą rychło następującym wydarzeniom, a kolosy grzmiące dźwiękiem wszystkich możliwych instrumentów, są zarezerwowane dla tych podniosłych i istotnych momentów. Co ważne, utwory nie są jednorodne i dobrze odzwierciedlają zmiany w sytuacji na ekranie – po intensywnej bitwie przychodzi moment oddechu (muzyka zwalnia, uspokaja się), by przy pierwszych oznakach niebezpieczeństwa znowu podkręcić tempo. Taką ścieżkę dźwiękową może stworzyć wirtuoz i tak było w przypadku The Spirits Within, do której muzykę skomponował Elliot Goldenthal, człowiek szeroko znany ze znakomitych ścieżek dźwiękowych do wielkich filmów (acz nie tylko). Od razu uspokajam: tu nie nazwisko stanowi o jakości pracy, ale kunszt artysty. Również wszelkie dźwięki zostały trafnie dobrane – wszystko strzela, buczy, skrzypi, ryczy czy stęka albo zawodzi smętnym głosem, tak jak w rzeczywistości. Ba, technicy poszli jeszcze dalej, ponieważ w feralnej scenie pocałunku uchem można wyłapać rzeczywiste odgłosy towarzyszące tej czynności. Do elementów dźwięku trzeba zaliczyć również głosy postaci, które moim zdaniem zostały bardzo dobrze dobrane. Minga-Na Wen po prostu pasuje do roli pewnej siebie i czasem lekkomyślnej Aki Ross, Donald Sutherland jako dowcipny i czasem gderliwy Cid sprawdza się znakomicie, a etatowy Hollywoodzki ‘bad guy’ James Woods użyczając Heinowi głosu uczynił go kimś więcej niż prostym żołnierzem, żyjącym zasadą “zniszcz wroga”. Należy też jeszcze nadmienić, że kwestie są wypowiadane wyraźnie, z dobrą artykulacją i intonacją (w końcu to zawodowi aktorzy), zatem nic nie powinno przeszkadzać w odbiorze wygłaszanych dialogów.

Po przeglądzie najważniejszych aspektów filmu, nadszedł czas na podsumowanie i jego ocenę. Moim zdaniem, pomimo błędów popełnionych przez scenarzystów oraz grafików, film zasługuje na dobrą notę – w skali do 10 przyznałabym The Spirits Within ocenę 7,5/10. Produkcja to kawał dobrego science-fiction, gdzie oba elementy zachowują równowagę, pomimo dającej się zauważyć przewagi aspektu science. Historia jest wciągająca, niebanalna i wielowątkowa, a jej zakończenie nie daje się tak łatwo przewidzieć. Film, choć ma w tytule nazwę Final Fantasy, zdaje się być bardzo luźno powiązany z tym, co określamy jako jądro serii Final Fantasy, ale nie wpływa na jego przekaz. Jedynie skomplikowana natura sposobu narracji może przeszkodzić w odbiorze filmu, dlatego trzeba dobrze śledzić rozgrywające się wydarzenia. Jakość obrazu  jest na dobrym poziomie, choć mam zastrzeżenia co do niektórych animacji postaci (animacje Goluma w LOTR: Drużyna Pierścienia, który okazał się cztery miesiące po The Spirits Within, są dużo lepsze). Oprawa dźwiękowa powala na kolana i chętnie się jej słucha nawet osobno, nie oglądając samego filmu. Ważne jest też to, co film zostawia po projekcji w głowie. Każdy seans powinien wzbogacić o nowe doświadczenia lub skłonić do przemyśleń. The Spirits Within porusza temat stosunków z osobami najbliższymi, jak i natury ludzi, dzięki czemu film nie jest tylko pokazem możliwości komputera w zakresie obróbki graficznej, ale próbą przekazania istotnych treści. Ogólnie zatem, The Spirits Within jest filmem wartym polecenia i obejrzenia, co niniejszym czynię i do czego zachęcam.