chalcedon pisze:G.Dickson - "Smok i jerzy" - asystent z amerykańskiej uczelni zostaje przeniesiony do alternatywnej Europy - jako smok
O, ten tytuł akurat pamiętam - była to jedna z najbardziej beznadziejnych książek, jakie w życiu mi się trafiły. _^_ Czytałam ją jeszcze w liceum, więc nie pamiętam już dokładnie, czemu tak bardzo nie przypadła mi do gustu... ale podejrzewam, że chodziło o siermiężny poziom dowcipu autora oraz o wszechobecną nudę. IMHO.
A teraz z innej beczki. Sporo ostatnio czytałam, ale były to w większości biografie słynnych taterników i opisy górskich wypadków z całego minionego stulecia, więc może to akurat przemilczę. :] Chciałaym się jednak wreszcie poskarżyć na zue osoby z tego furum, które jakiś rok temu zaraziły mnie 'Mroczną Wieżą' - a.k.a. 'The Dark Tower', bo czytam wsio w oryginale.

Na wstępie pragnę zaznaczyć, że nie znoszę Kinga i większości jego płodów, ale akurat ten cholerny siedmioksiąg ma w sobie 'to coś'. Po każdym tomie obiecuję sobie, że to już koniec, i że nie stać mnie na wydanie kolejnych 40zł, ale nie, suspens bywa tak dobijający, że prędzej czy później muszę lecieć do księgarni.

Wciągnęła mnie ta post-apokaliptyczna Ameryka (czy co by tam nie było) wykreowana przez Kinga, oraz wszystkie inne alternatywne czasoprzestrzenie, do których trafia głowny bohater. Jest w tym świecie coś autentycznie poruszającego i szarpiącego wyobraźnię. Roland, którego poznajemy jako bezimiennego przybysza z nikąd, początkowo nie wzbudził we mnie jakiejś większej fascynacji, ale kiedy stopniowo zaczęłam poznawać jego przeszłość, dzielić moralne dylematy i dostrzegać ludzkie uczucia pod maską twardego rewolwerowca, byłam zmuszona przyznać, że to jedna z lepszych postaci jaką kiedykowiek widziałam na kartach powieści. Towarzyszący mu przyjaciele również zostali świetnie nakreśleni, Eddie i Susannah to ludzie z kwi i kości, a ich losy nie są czytelnikowi obojętne.
...Dobra, co ja tu wypisuję, i tak wszyscy zorientowani już się domyślili, że mój ulubieniec to jedenastoletni Jake.

Książka może nie jest jakoś szczególnie przerażająca (chociaż... spotkanie ze Zuą Ciuchcią wcisnęło mnie w fotel), ale akcja bezbłędnie trzyma w napięciu, a spokojniejsze momenty dają przyjemne poczucie budowania głębi. Styl autora bardzo mi się spodobał i stopniowo do niego przywykłam, aczkolwiek na początku pierwszego tomu z trudem przedzierałam się przez skomplikowane słownictwo.

(So much for thinking my English was already perfect.

)
Jestem dopiero w połowie serii (bo w międzyczasie brałam się za kolejne książki, bądź brakowało mi kasy), ale na pewno doczytam do końca... i z góry zakładam, że się nie rozczaruję. :]
Jeśli jeszcze ostali się wśród nas jacyś niezdecydowani, to polecam lekturę. :]