Jeszcze do niedawna byłam za legalizacją narkotyków, choć teraz nie jestem tego taka pewna. Doszłam mianowicie do wniosku, że na pewno spróbowałabym jakiegoś towaru, gdyby tylko był legalny... ale jeśli nie jest, nie próbuję (za dużo zachodu ze znalezieniem 'zaufanego' dealera, a ja jestem zbyt leniwa... ok, może to nie
jedyny powód, ale chyba wiecie, co mam na myśli). Póki co, narkotyków nie sprzedają u nas w specjalnych 'herbaciarniach' i mam z nimi święty spokój. Jeśli przynajmniej kilka osób myśli podobnie, to może jednak warto podtrzymywać zakaz. Bo to i wiadomo, co ludziom strzeli do głowy...? Zaczyna taki od 'miękkiego' stuffu, a potem...?
Nigdy w życiu nie miałam w ustach papierosa, mimo (a właściwie
dlatego) że w moim liceum palenie było legalne (od lat szesnastu) i brakowało tego elementu 'szpanu' i 'łamania zasad'. Paliło się tuż pod nosem nauczycieli, którzy wygłaszali od czasu do czasu mądre, umoralniające gadki, ale nie wtrącali się do spraw młodzieży (wychodząc ze słusznego skądinąd założenia, że lepiej, żeby uczniowie kopcili sobie w specjalnie wyznaczonej palarni, niż zasmradzali toalety albo łazili do pobliskiego parku.)
To liberalne podejście miało jednak swoje wady - palili prawie wszyscy (a większość nieźle się uzależniła.) *westchnienie* Teraz, kiedy część 'zmądrzała', starają się rzucić ('rzucanie' palenia w wieku dwudziestu-paru lat... to trochę przykre...), ale wiadomo - ciężka sprawa.
Ok, a co do innych nałogów.. pić w sumie też nie piję, bo piwa nie znoszę, a na imprezach pojawia się głównie ten trunek.

Przyznaję jednak, że mam
olbrzymią słabość do wina... *rozmarzone westchnienie* ...mogłabym chlać kieliszek za kieliszkiem; absolutnie brakuje mi umiaru, ale zmuszam się do tej odrobiny dojrzałości, szczególnie po moich ostatnich narciarskich wyczynach, kiedy to 'po pijaku' (...cholerny grzaniec...) rozjechałam niechcący małe dziecko. Nic nikomu się nie stało, ale poczucie winy siedzi we mnie do dziś, bo, co tu dużo ukrywać, na trzeźwo ta sytuacja nie miałaby miejsca...
W ogóle wkurza mnie to, że zimą wszyscy siedzą w knajpach i chleją na potęgę, a potem przypinają narty i lezą na stok... takie społeczne przyzwolenie na jazdę po pijaku... koszmar...
Jestem uzależniona od Coli -- swego czasu nie wyobrażam sobie dnia bez paru puszek (to szło w litrach), ale odkąd organizm zaczął źle reagować na takie dawki kofeiny, staram się jakoś walczyć z nałogiem. Poza tym, zbyt często sprawdzam e-pocztę.

Chory nałóg, wiem, ale wciąż łudzę się, że to jeszcze nie jest klasyczne uzależnienie od netu (...bo to tylko skrzynka przecież...)
PS: Z tymi Kaszubami i tabaką toście mnie rozwalili!
