Wczoraj, po długim oczekiwaniu, w końcu wpadła mi w ręce trzynastoodcinkowa seria
Kino no Tabi ~the beautiful world~. I zanim się obejrzałam, pochłonęłam to dziełko w jedną noc - nota bene, do tej pory nigdy nie zdarzyło mi się obejrzeć aż tylu epów naraz. Seria, mimo braku 'konkretnej' akcji, a już tym bardziej cliffhangerów, ani trochę nie nudzi - wręcz przeciwnie, wsysa tak, że aż nie można oczu oderwać. Gorąco polecam każdemu. A dlaczego - czytajcie poniżej. ^^
Seria
Kino no Tabi (
Kino's Journey) została przez internetowych krytyków zaliczona do gatunku 'anime filozoficzne'. Sama myślałam nad jakąś lepszą, konkretniejszą klasyfikacją, ale nic nie wymyśliłam. Nie jest to typowe kino drogi. Niewątpliwie nie jest to również dramat, obyczajówka, ani film akcji. Tja. Określenie 'filozoficzne' pasuje jak ulał, choć nikt nachalnej filozofii tu uprawia.
Kino - nasz główny bohater, z wyglądu młody chłopiec (.........młody chłopiec w białej koszuli, długim płaszczu, z dwoma rewolwerami -- i już wszyscy wiedzą, dlaczego w ogóle zainteresowałam się tą serią XDD) ....okazuje się po kilku epizodach być
dziewczynką. T__T (
Czujecie mój ból? Czujecie?! XDD)
Sorasy za spojler odnośnie płci, ale i tak nie dałabym rady go uniknąć, pisząc o Kino w języku polskim, gdzie trudno uniknąć zaimków i żeńskich końcówek. Ok, dygresja na bok...
Tytułowa Kino jest podróżniczką, przemierzającą świat - jak sama twierdzi - z zamiłowania. Kraje, króre odwiedza, to raczej zamknięte państwa-miasta (całkiem przypadkowo podobne do takich miejsc jak Praga, Chiny czy Rzym). W żadnym z nich Kino nie zatrzymuje się dłużej niż trzy dni, co z reguły wystarcza, żeby dowiedzieć się czegoś nowego o świecie - a dokładniej: o ludzkiej naturze.
Społeczeństwa, od których dociera Kino, są karykaturami ludzkich zachowań - w tym sensie, że wiele rzeczy jest tu wyolbrzymionych, przerysowanych. Widzimy narody chciwe, okrutne, altrusityczne, smutne, wesołe... Od większości epów wieje pesymizmem na kilometr, ale mimo wszystko Kino uważa zwiedzany świat za piękny - "the world is not perfect, therefore it is". Kino, jako oberwator, stara się nie ingerować w życie napotkanych ludzi, ale nie usiłuje też za wszelką cenę pozostać bierna. Niczego nie naprawia. W życiu niektórych ludzi zostawia mniejszy lub większy ślad, sama nie przechodzi żadnej drastycznej wewnętrznej przemiany, chociaż uczy się nowych rzeczy. Po prostu podróżuje.
Kino no Tabi przypomina mi trochę Małego Księcia. W episodzie z książkami watro pamiętać, że anime powstało na podstawie popularnych w Japonii mango-książek, tzw. 'short novels' (jak np. wspomniane wyżej
The Melancholy Of Haruhi Suzumiya).
Widza nie zanudza się tu przydługimi monologami i zwerbalizowaną filozoficzną refeksją, nic z tych rzeczy. Kino nie jest też sama - nie wspomniałam o tym wcześniej, ale jeździ na gadającym motocyklu, Hermesie, którego powadzi ze sobą dosłownie wszędzie. Hermes mówi głosem dziecka (osobiście jego głos kojarzył mi się z Kalciferem z
Hauru), ma też mentalność dziecka - jego komentarze są trafne, ale naiwne. Uprzedzając pytania - nie, nie jest wkurzający. A Kino, której daję maksymalnie czternaście lat, ma w sobie tyle spokoju i życiowej mądrości, że niejeden dorosły może się schować.
Cholera, długa recenzja mi tu rośnie, ale na temat tej krótkiej serii mogłabym się produkować godzinami... Żeby dać lepszy pogląd na to, o czym właściwie jest to anime, pozwolę sobie streścić część jednego z pierwszych epów - zaznaczone jako spojler, ale zachęcam do przeczytania:
Kod: Zaznacz cały
Kino jedzie swoim motorkiem wzdłuż bardzo zniszczonych, od dawna nie używanych torów. Spotyka wreszcie starszego mężczyznę z drezyną, który oczyszcza podkłady z zielska, usuwa rdzę, poleruje żelazo. Zapytany, wyjaśnia, że pracę te dostał 50 lat temu - od tamtego czasu nie widział domu, bo wciąż oddala się od miasta, naprawiając tory. Jego robota jest potrzebna, bo żona i dzieci żyją z jego pensji, a urzędnicy mówili, że planują kiedyś przywrócić to połączenie kolejowe.
Kino zjada z robotnikiem posiłek. Zapytana o ciekawą historię z podróży, opowiada o mieście, w którym ludzie nie muszą pracować, bo wszystko za nich robią maszyny. Jednak ludzie pracują mimo to - poprawiają głupie, bezsensowne, nikomu niepotrzebne rachunki (na ich potrzeby specjalnie 'fałszuje' je komputer). Wszystko po to, żeby nie opadł im poziom stresu i żeby się nie rozleniwili. Ta praca nigdy się nie skończy, nie ma w niej też ani krzty sensu.
Skończywszy swoją opowieść, Kino patrzy na robotnika, ale ten tylko wyraża swoją zazdrość wobec ludzi z miasta i wraca do pracy. Dziewczynka żegna się więc z robotnikiem i jedzie dalej. Spotyka kolejnego straszego mężczyznę, który... zrywa wypolerowane tory. Jakieś pięćdziesiąt lat temu dostał polecenie, żeby rozebrać tę linię kolejową, i od tamtego czasu ciężko pracuje, ani na moment nie wróciwszy do domu. Za zarobione pieniądze utrzymuje braci.
Jedzą wspólny posiłek. Na prośbę robtnika, Kino opowiada mu ciekawą historię - o mieście, gdzie ludzie w ogóle nie muszą pracować, ale komputer produkuje im rachunki do poprawiania, i tak dalej. Robotnik wysłuchuje, określa ludzi z miasta mianem głupców i wraca do pracy. Kino jedzie dalej ogołoconym z szyn nasypem.
Spotyka - tja, zgadliście - kolejnego starszego mężczyznę z drezyną, który na nasypie układa nowe tory. Zapytany, odpowiada, że tak z pięćdziesiąt lat temu kazano mu zatroszczyć się o tę linię i doprowadzić ją do użytku. Nie, nie widział swoich bliskich od tamtej pory, ale w końcu jego praca jest ważna, a zarobione pieniądze idą na leczenie chorej matki.
Robotnik zaprasza Kino na wspólny posiłek i prosi o jakąś ciekawą historię.
Po krótkiej chwili namysłu Kino stwierdza, że nie ma czasu, i odjeżdża.
...Właśnie o tym, tak z grubsza, jest to anime. :] ...A moja krótka opowiastka i tak nie oddaje klimatu owego odcinka, ani tym bardziej całej reszty, która bywa równie 'beznadziejna' i jednocześnie o wiele mroczniejsza.
Podróż Kino zapewne można, ale nie trzeba, traktować jak metaforyczną podróż człowieka przez życie.
Last but not least: grafika w serii jest umowna, zwłaszcza jeśli chodzi o tła, utrzymana w barwach ziemi... dość specyficzna, choć nie nazwałabym jej brzydką.
~przypadkowy screen~
Muzyki, poza openingiem i endingiem, praktycznie nie ma, są za to np. charakterystyczne plumknięcia w ramach subtelnych efektów dźwiękowych. Lecz żeby była jasność: brak muzyki nie jest w przypadku tego anime wadą.
Ok, na pewno już usnęliście do tego momentu, a ja jeszcze nie skończyłam. :] Gveir, teraz do Ciebie mówię, obudź się!
Gveir pisze:Mówimy o Alice? Właśnie w końcu obejrzałem te dwa odcinki i powiadam... ona była świetna! I ładna ^^
Ona była tak p-i-ę-k-n-a, że aż mi lesbijska żyłka drgała i robiłam jednego screena na sekundę. Dodatkowo świetna postać, jeśli chodzi o życie i charackter. ^^
Gveir pisze:Chociaż chara-design w Darker Than Black chwilami mnie wnerwia...
WTF? Że niby co Cię tam wnerwia?

Oni wszyscy są mniej lub bardziej udani.... no, może poza szefem Hei... Heiego? Heia? Heyah...?
Gveir pisze:dwa komediowe to porażka...
Be-zy-du-ra, te odcinki również były fajne. Detektyw i panna byli chodzącą parodią serii noir i paru stereotypów w anime na dokładkę, a kot rozbrajał. Jeśli już coś mnie w tych epach wkurzyło, to koncepcja zapachu jako szalenie istotnej rzeczy w życiu każdego człowieka. Bah. Osobiście nie chciałabym umrzeć wdychając rozkoszną woń własnego ciała ze starej skarpetki... _^_
Gveir pisze:Hei z elektrycznością nie jest tak widowiskowo mordujący (...) niestety.
..........Niemniej jednak jest COOL. Scena, w której Kirihara mierzy do niego z pistoletu, a on rzuca jej owo długie, COOL spojrzenie kątem oka spod maski, sprawiła, że zamieniłam się w kupkę roztrzęsionej, fanowskiej galaretki. *________*
Scena w kibelku też była dobra, choć już nie-COOL.

A w odcinku jedenastym Hei
hiperwentuluje.... *___*
Dobra, zamykam się już.
Gveir pisze:mój głód krwi
Faceci. *rolls eyes*
Gveir pisze:No i w końcu były jakieś dłuższe i ładniejsze sceny walki - bitwa z Wei'em była naprawdę świetna.
*________*
To była ta scena, kiedy na poważnie zaczęłam rozważać zmianę awatara... *crickets chirp* XDD
A na serio, facet jest COOL: zwinny, szybki i sprytny, a trencz za nim powiewa. Specjaliści od animacji też się przyłożyli. Pełnia szczęścia.
Ireth pisze:Zreszta i tak bym chyba nie obejrzała dalej anime, bo głos Miyano Mamoru dobitnie kojarzy mi się z Tamakim, co wywołuje u mnie napady histerycznego smiechu, bo wyobrażam sobie Lighta skaczacego pod niebo i krzyczącego "L! Mon ami !!!! Mon ami!!!!" _^_ Tak, pójdę sie leczyć

Otóż w drugą stronę to nie działa. Odglądałam ostatnio parę epów
Ourana i za cholerę nie umiałam sobie wyobrazić
Tamakiego robiącego minę a'la "porażenie mózgowe Lighta nr 5" i zanoszącego się demonicznym śmiechem.
*W powyższym poście zapewne roiło się od literówek, ale jest on tak długi, że nawet mnie nie chce się go czytać ponownie celem poprawienia. Sorasy.
