Maju pisze:Swoją drogą obserwując zachowanie Re-l zastanawiam się o kim tak naprawdę jest tytułowa piosenka.
Cały czas mi się wydaje, że o naszym tytułowym Proxym /oraz/ o Real.

Anyway, ja też odliczam odcinki do końca i martwi mnie, że tak mało ich zostało.

Poza tym
Kod: Zaznacz cały
los Iggy'ego każe mi przypuszać, że wielkiego happy-endu nie będzie.
o-o-o-o-o-o-o-o-o-o-o-o
Obejrzałam właśnie całe 'Samurai Champloo' i chociaż tak naprawdę wolę inną kreskę/ styl narracji, seria bardzo mi się podobała (mam słabość do wszystkiego co dotyczy samurajów *shrug*). Anime to przede wszystkim film drogi

, pokręcona komedia i kino akcji, jak na rzecz o takim tytule przystało. Fabuły streszczać nie będę, ktoś już o niej wspominał w tym temacie. Z grubsza chodzi to o to, że piętnastoletnia Fuu szuka po całej średniowiecznej Japonii faceta, 'który pachnie słonecznikami' - to nasza jedyna wskazówka - a Mugen i Jin, dwaj mężczyźni, mistrzowie miecza, niechętnie jej w tym pomagają. Większość odcinków to i tak zamknięte mini-historie; przygody, które nasze trio przeżywa po drodze. Ważna jest oczywiście sama podróż, a nie cel na końcu wędrówki.
Ok, anime ma wiele zalet. Po pierwsze, jest oryginalną postmdernistyczną sieczką, która żongluje konwencjami, kpi sama z siebie i parodiuje wszystko dookoła. Samurajskie pojedynki są dynamiczne, ślicznie narysowane. Akcja trzyma w napięciu, czasami trudno przewidzieć dalszy bieg wydarzeń, małe happy-endy przeplatają się z tragicznymi zakończeniami poszczególnych epów, nie wszyscy dożywają jutra, a niektórzy nieoczekiwanie znajdują szczęście - jak to w życiu. Atmosfera zgrabnie balansuje między totalnym rotflem a przytłaczającą powagą, z przewagą tego pierwszego. W przeciwieństwie do FMA, gdzie w ciągu jednego odcinka widz mógł konać ze śmiechu i chwilę później patrzeć... jak jego ulubiony bohater kona

, 'Samurai Champloo' trzyma raczej jednolitą atmosterę w każdym epizodzie, ale między poszczególnymi odcinkami trafiają się ogromne różnice. Humor jest... bardzo śmieszny.

Kilka razy autentycznie poryczałam się ze śmiechu - i tylko jeden raz ze wzruszenia.

Bohaterów mamy bardzo charyzmatycznych, ale o kompletnie odmiennych osobowościach, co prowokuje ciągłe konflikty.
No cóż... seria przeznaczona jest raczej dla starszego widza: są tu ze trzy odcinki o burdelach, jeden o jaraniu ziela (ROTFL, łzy w oczach), o baseballu (ale pojechali po Amerykanach

), o grafitti (...przypominam, wszystko dzieje się w erze Tokugawa

), o żywych trupach, o hazardzie, malarstwie, teatrze, etc. Mówiłam, kompletna sieczka, i to jest właśnie fajne. :]
Jeśli chodzi o grafikę, jest bardzo ładna, chociaż osobiście wolę zupełnie inną kreskę (więcej realizmu albo więcej 'ładnych ludzi'). Wygląd bohaterów (facetów) nieszczególnie przypadł mi do gustu - byli za mało 'bishounenowaci' - ale i tak szybko polubiłam ich ze względu na charaktery/głosy, a dodatkowo obaj mieli swoje pięć minut męskiej urody. Przemoczony Mugen/ Jin z rozpuszonymi włosami i odsłoniętą klatą = *___________* (XD)
Gorąco polecam. Zwłaszcza, że zakończenie (trzy ostatnie epy) naprawdę wynagradza wszystkie wcześniejsze niedostatki.