Recenzja

tekst nie zawiera spoilerów

Kiedy świat obiegła informacja, że Square-Enix planuje przywrócić do życia bohaterów siódmej części Final Fantasy każdy z fanów miał swoje wyobrażenie, jak będzie wyglądać końcowy produkt. Z początku trzymany w tajemnicy projekt, za sprawą kolejnych trailerów, wywiadów i zapowiedzi zaczął pokazywać swoje prawdziwe oblicze. Oto powstaje film, tworzony głównie z myślą o fanach gry opowiadający  krótką (początkowo planowano około 30 minut) historię, której akcja dziać się będzie dwa lata po wydarzeniach opisanych w grze. Z początku wydawało się, że jest to sympatyczny, spontaniczny projekt stęsknionych za Cloudem i spółką pracowników dawnego Squaresoft. Gdy później okazało się, że Advent Children to nie koniec nowych produktów spod sztandaru błękitnego meteoru, wielu fanów miało uzasadnione obawy, czy pogoń za pieniądzem nie zabije legendarnego już tytułu. Twórcy filmu na pewno mieli świadomość ogromnej odpowiedzialności, jaka na nich ciąży, ale czy pomogło im to w wyprodukowaniu udanego obrazu?

Produkcja filmu przedłużała się. Z trzydziestu minut zrobiła się półtoragodzinna animacja. Twórcy nie trzymali języka za zębami, wypuszczono wiele zwiastunów, które dość śmiało ukazywały fabułę filmu. Mimo, że część scen wydawała się zagadkowa i tajemnicza większość sekretów została zdemaskowana przez graczy na długo przed premierą. Można mieć za złe ekipie tworzącej Advent Children, że tak naprawdę każdy, kto buszował po internetowych forach doskonale znał treść filmu. Czy popsuło to zabawę? O dziwo – nie!

Pierwsze wrażenia z obejrzenia filmu są fantastyczne, poza nielicznymi wyjątkami większość fanów z ogromnym entuzjazmem przyjęła dalsze losy pogromców Sephirotha. Autorzy z pewnością odetchnęli, bo sukces animacji z pewnością przełoży się na zainteresowanie pozostałymi produktami kompilacji FF7. Kluczem do sukcesu nie okazała się fabuła, która przecież była już  dobrze znana przed premierą, ale niezliczona ilość smaczków i pozytywnych emocji płynących z licznych nawiązań do pierwowzoru. I to jest główna siła Advent Children. Uśmiech przykleja się do twarzy i siedzi tam od samego początku do końca. Ktoś może powiedzieć, że wszystko to odbywa się kosztem osób, które w grę nigdy nie grały. I co z tego? Rzesza fanów gry jest tak liczna, że spokojnie można zrobić coś tylko dla nich. Ci, którzy nie grali w FF7 mogą się czuć nieco zagubieni i na pewno stracą 70% zabawy, ale ta resztka, która im zostaje, także cieszy oko. Film od początku był tworzony z myślą o DVD, dlatego doskonale ogląda się go na małym ekranie – niezliczona ilość szczegółów, widoczna dopiero na stopklatce, niektóre sceny zostały wręcz stworzone z myślą o oglądaniu w zwolnionym tempie. Intensywność akcji powala i nie sposób jej ogarnąć podczas jednego seansu. Dla fanów gry – pozycja obowiązkowa. Jeśli ktoś nie grał w grę, ale jest fanem komputerowej animacji i widowiskowych pojedynków to również z przyjemnością włoży krążek DVD do swojego odtwarzacza.

Bardzo mocną stroną filmu są “nowe wersje” bohaterów Final Fantasy 7. Każdy z nich zyskał realistyczne rysy twarzy, ale zupełnie nie zatracił swoich cech charakterystycznych. Doskonale dobrano aktorów podkładających głosy, a było to dość duże wyzwanie – wszyscy przecież znali ich tylko “z dymków”. Słuchanie ich sprawia ogromną satysfakcję, zwłaszcza gdy słyszymy Marlene wołającą Tifę to aż dreszczyk przechodzi po plecach… Na ogromnego plusa zasługuje odwzorowanie charakterów postaci – jeśli ktoś sądził, że tego aspektu nie uda się przenieść do filmowego świata to był w błędzie. Mimo, że niektórych bohaterów prawie nie oglądamy, to te parę minut z ich udziałem doskonale oddaje ich sposób bycia i dodatkowo wzmacnia uśmiech na twarzy widza. Doskonałym przykładem może być Yuffie, której kilka scenek wygląda jakby były na żywca przeniesione z gry. Aż się prosi o więcej. Niestety ten niedosyt jest ogromny. Przy tak udanych postaciach aż chciałoby się oglądać je dłużej. To samo ze światem, w którym rozgrywa się akcja filmu. Wielka szkoda, że kamera, choćby na chwilę,  nie zabrała nas poza Midgar i nie pokazała czegoś więcej. Ale żeby spełnić wszystkie marzenia graczy trzeba by chyba było stworzyć 40 godzinny serial opowiadający historię znaną z gry.

Jak już wspominałem, fabuła filmu nie jest jego mocną stronę. Stanowi jedynie pretekst, by gracze mogli ponownie zobaczyć postacie, z którymi spędzili kilkadziesiąt godzin podczas grania w Final Fantasy 7. Film jest zresztą dedykowany wszystkim przyjaciołom gry, taki był bowiem zamysł twórców. Nie należy się tym zbytnio przejmować, sama możliwość zobaczenia kolejnej przygody starych znajomych w zupełności rekompensuje problem mało zawiłej fabuły.

Od strony muzycznej film jest nierówny. Zaskakuje brak konsekwencji i chaos w doborze podkładu muzycznego – niektóre utwory są w wersji na fortepian, inne są grane przez orkiestrę i często wspomagane chórami oraz gitarami. Sam dobór utworów jest za to bardzo udany, gdy trzeba wywołują wzruszenie, innym razem doskonale podkreślają dynamizm akcji.

Od strony technicznej, niestety, film arcydziełem nie jest. Chyba każdy przyzwyczaił się już do wojen na polach Gondoru, efektowne niegdyś Bullet Time’y nie wzbudzają już takiego entuzjazmu. Jeśli chodzi o “pracę kamery” to można mówić o małej rewolucji – takiego swobodnego wykorzystania możliwości pracy w wirtualnym środowisku może pozazdrościć japończykom niejeden hollywoodzki operator. Na tym jednak plusy techniczne się kończą. Przygnębiająca, szarobura i blada kolorystyka to już chyba standard japońskich obrazów. Brakuje intensywnych barw i kontrastów. Midgar zasmuca swoją monotonią i aż dziw bierze, że mogą tam mieszkać ludzie.  Również ścieżka dźwiękowa, w standardzie 5.1, bardzo zawodzi. Przy takiej ilości fajerwerków na ekranie aż prosi się o pełny, przestrzenny dźwięk. Tymczasem tylne głośniki jedynie raz na jakiś czas przypominają, że w ogóle istnieją.

Film polecam wszystkim fanom Final Fantasy 7. Na pewno nie będą rozczarowani i odczują pewien niedosyt, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Ten film ogląda się z tak dużą przyjemnością, że chciałby się oglądać go dłużej. I nie przeszkadza w tym niezbyt skomplikowana fabuła czy niedoskonałości techniczne. Poznajcie zatem dalsze losy Clouda i jego przyjaciół.

  • SzympanS

    Co do muzyki, to odtworzone w metalowej oprawie “One-Winged Angel” mnie osobiście powaliło. Nie odczułem za to tego wspomnianego “chaosu” w ścieżce dźwiękowej.
    Metamorfozy postaci średnio mi się podobają. Cid nie ma już swojego wszędobylskiego papierosa, od którego odpalał dynamit w orginale, barret nie jest już kaleką przez swoją rękę, nie wspominając już o zbyt ugrzecznionym stroju Tify :/
    Jeszcze tylko nawiążę do szarości Midgaru. Moim zdaniem świetnie to oddaje charakter tego miasta. Już w grze kojarzył się z szarym miastem bez dnia i nocy (nawet jak się nad nim przelatywało Highwindem, albo do niego podchodziło, niebo robiło się nagle szare), więc moim zdaniem to akurat plus. Moim zdaniem to było zamierzone, bo na przykład w Forgotten City klimat jest zupełnie inny.

  • Ninja

    O ile z danymi technicznymi recenzji jestem skłonny się zgodzić o tyle z wnioskami ani trochę. Owszem graficznie cud miód i orzeszki, owszem walki są efektowne, owszem fabuła leży. Ale jestem bardziej niż pewien że spora część fanów FF7 czy FF generalnie będzie tym ostatnim srodze rozczarowana jeśli oczekiwało cudeńka typu orginalne FF7. Mnie to ominęło tylko dzięki tej recenzji bo wiedziałem że nie należy oczekiwać bóg wie czego, ale pewne rozczarowanie i tak było. Nie bardzo też jestem skłonny się zgodzić że nowe wersje postaci są mocną stroną. O ile świetnie wyglądają w nowej wersji to ten nowy wygląd nie do końca mi leży. Po prostu wydaje się być ździebko nie na miejscu. Podobnie jest z charakterem niektórych postaci który się zmienił na gorsze. Yufi podana jako przykład wyszła ze zmian bez szwanku ale jej byłoo bardzo mało, a ci których było dużo już tak dobre nie wyszli. Także chociaż zgadzam się że Fani FF7 powinni to obejrzeć, nie zgodzę się że nie będzie rozczarowanych.